Oborniki Wielkopolskie Online - Twój lokalny portal internetowy Gazeta Internet i komputery Forum dyskusyjne Galeria Katalog stron www Program telewizyjny TV Konsument, prawa konsumentów
 Home > Schronisko dla psów Azorek
Przejdź do: 
Dzieci dla piesków

A oto pierwsze nadesłane opowiadanie 12 letniej Nataliii, która adoptowała suczkę z naszego schroniska.

"Opowieść Lusi"

Kiedyś miałam tak dobrze…
Zawsze pełna miseczka, ciepła kanapa, moja piłeczka i mój Pan. To on wybrał mnie z innych psów na swego towarzysza. Byłam wtedy taka malutka. Gdy tylko spojrzał mi w małe szczenięce oczka pokochał mnie a ja jego. Jak już trochę podrosłam zaczęliśmy chodzić na różne wyprawy. Brał mój ulubiony kamyk i chodziliśmy na długi spacer po lesie.
Zawsze przed snem opowiadał mi co przydarzyło mu się danego dnia. Byłam jego największą przyjaciółką i skarbem. Nikt nie był tak ważny jak ja. Każdą chwile spędzaliśmy razem. Kiedy za oknem padał zimowy śnieg wspólnie grzaliśmy się pod kocem.
Kiedy na dworze był jesienny deszcz razem biegliśmy po kałużach w drodze do domu. Jak nastawała wiosna wychodziliśmy na kwitnącą łąkę.
A gdy zaczynało się lato kąpaliśmy się w ciepłym od słońca jeziorze. Tak wyglądało moje życie przez wiele lat. Życie szczęśliwego psa. Ale kiedy zaszłam w ciąże wszystko się zmieniło.
Pan zdjął mi obroże. Nie wiedziałam co się dzieje. Otworzył drzwi i wskazał na nie palcem. -Zapewne idziemy na kolejny spacer! Myślałam merdając ogonkiem. Ale wyczułam że dzieje się coś dziwnego. Teraz zrozumiałam. Mój Pan mnie wyrzuca. Zacisnął swoją rękę na moim karku. Podniósł mnie po czym rzucił za próg. Upadłam na ziemię. Zaczęłam skomleć i błagać go aby mnie nie zostawiał. Był nieczuły na moje uczucia. Chciałam popatrzeć ostatni raz na swojego Pana. On nie raczył spojrzeć mi w oczy. Nic nie powiedział. Nie chciał mnie pogłaskać. Nie chciał się ze mną pożegnać. Wyjął tylko mój ulubiony kamyk i rzucił go jak mnie na zaśnieżoną trawę. Zamknął drzwi. Miałam nadzieje że zaraz je jednak otworzy. Ale nie. Ten który tak mnie kochał, teraz wyrzuca. Grudniowy śnieg sypał coraz mocniej. Poczułam ukłucie w sercu. Poza swoim Panem nikogo nie mam.
Miałam potłuczoną łapkę ,ale nie równała się z bólem serca. Utraciłam na zawsze część siebie. Przez pewien czas jadałam co znalazłam i spałam byle gdzie. Czułam się coraz gorzej. Byłam głodna, spragniona i zmarznięta. Tęsknota za właścicielem nie malała. Wraz ze swoim ukochanym kamieniem szłam przed siebie. Minęły kolejne miesiące. Kiedy śnieg trochę stopniał ,urodziłam pięć szczeniąt. Były prześliczne! Ogarnęłam wzrokiem swoje dzieci i poczułam że robi mi się słabo. Zaczęło się robić coraz ciemniej, a jakiekolwiek światło zniknęło. Otoczyła mnie ciemność. Nie wiem co się działo przez ten czas kiedy byłam nieprzytomna. Obudziłam się. Słabym wzorkiem rozejrzałam się.
Byłam w jakimś nieznanym mi miejscu. Nie miałam siły by wstać, więc leżałam bez ruchu patrząc w ścianę. -Obudziła się! Krzyknął ktoś obok. To była jakaś nieznana mi Pani. Okazała się właścicielką schroniska do którego (tak myślę) ktoś mnie przyniósł. W schronisku nie było źle. Byłam karmiona, wyprowadzania na spacery i myta. Ale brakowało mi miłości.
Tęsknota za dawnym właścicielem była nie do zniesienia. Na szczęście miałam swoje dzieci. Wychowywałam je jak tylko potrafiłam. I tak spędziłam w schronisku prawie rok. Moje szczenięta były już samodzielne. Zdążyłam się przyzwyczaić do przytułku. Ale pewnego dnia stało się coś strasznego. Jeden z pracowników schroniska podszedł do mnie i zaczął zabierać moje maluchy. -Spokojnie. -Będzie dobrze. Powiedział i odszedł. Jednak wyczułam niebezpieczeństwo. Wzięłam swój kamyk i pobiegłam za nim. Gdy się zatrzymałam moje szczeniaki leżały w pudełku. Jakiś nieznany mi człowiek oglądał je. Wziął pudełko i zaczął odchodzić. Rzuciłam się za nim ale ktoś złapał mnie za obroże. Odruchowo w obronie swoich dzieci ugryzłam. Uścisk się zwolnił. Znów zaczęłam pędzić w stronę niesionego pudełka ze szczeniakami. Nieznajomy Człowiek wsiadł do samochodu i ruszył. Rzuciłam się pod koła.
Poczułam przenikliwy ból. Światło słońca zniknęło. Jeszcze słyszałam czyjeś krzyki ale po chwili umilkły. Przestałam czuć ból. Jeszcze przez chwilę widziałam swój ulubiony kamyczek ,ale po chwili rozpłynął się. Odeszłam za Tęczowy Most. Nie czułam już smutku i udręki. Kiedy straciłam swojego Pana i dzieci życie na ziemi straciło sens.
Może dopiero tutaj w niebie znajdę swojego właściciela? Na razie będę spoglądać zza chmur na moje dzieci i bawić się z innymi pieskami w niebie.

Lusia

============================================================================================================
A to już drugie opowiadanie, nadesłane przez naszą wolontariuszkę Monikę. Opowieść jest prawdziwa. Na zdjęciach jest pokazana Sonia i jej przyjaciółka Monika.

Opowieść Soni
Był to ciepły, słoneczny dzień w schronisku, jak zawsze w sobotę przyszła do mnie moja pani- Julka, wyprowadzić mnie na spacer do lasu. Ten dzień był jednak inny niż pozostałe gdyż razem z nami była nowa dziewczynka o imieniu Monika, która zaczynała pracę wolontariuszki. Chodziła z nami co sobotę na spacery, dlatego przez ten czas bardzo sie ze sobą zżyłyśmy.
Nie wiem kiedy sie to stało, ale po jakiś 3- 4 miesiącach nie chodziłam już na spacery z Julką lecz z Moniką. Bardzo sie polubiłyśmy. Każdego wyglądałam przez ogrodzenie i szukałam wzrokiem Moniki, w nadziei, że spędzę z nią trochę czasu. Niestety miała szkolę więc przychodziła tylko w soboty, lecz w wakacje widywałam ją codziennie. Byłam z tego powodu bardzo zadowolona.
Przez ten niecały rok stałyśmy sie dla siebie najlepszymi przyjaciółkami. Zawsze przynosiła mi coś dobrego do jedzenia, a gdy ze mną rozmawiała, mówiła że postara sie przekonać rodziców aby mnie zaadoptowali. Bardzo się z tego powodu ucieszyłam i czekałam, aż skończy rok szkolny, ponieważ to właśnie wtedy Monika miała poprosić rodziców o dom dla mnie w zamian za dobre stopnie na które ciężko pracowała przez cały rok szkolny. Gdy nadeszła zima, jak co roku o godzinie 9.00 poszłyśmy na spacer do lasu. Rzeka była zamarznięta, a drzewa oszroniałe, ale to nam nie przeszkadzało. Po kilku godzinach spędzonych razem, w naszym schronisku zaczęli sie kręcić dwoje ludzi z dwójką dzieci. Wokół nich zebrała sie grupka wolontariuszy. Towarzyszyła im Monika. Jak zawsze czekałam pod furtką w nadziei, że Monika weźmie mnie na jeszcze jeden spacer. Nagle ci obcy ludzie zaczęli na mnie wskazywać palcem a już po chwili jedna z wolontariuszek - Patrycja, zapięła mnie na smycz i wyprowadziła z wybiegu. Wzrokiem wciąż szukałam mojej pani, aż w końcu ją znalazłam- stała pod drzewem i była bardzo smutna, wręcz zaniepokojona. Widząc ją natychmiast wyrwałam się ze smyczy i do niej podbiegłam. Od razu uśmiech pojawił sie na jej twarzy. Ale nie na długo.
Po krótkiej chwili udaliśmy sie do kierownika. Byłam przestraszona bo nie wiedziałam co sie dzieje. Nagle otworzyły sie drzwi, i podeszła do mnie Julka, razem ze swoją siostrą i koleżanką- Kasią. Zaczęły do mnie pieszczotliwie mówić i głaskać. Nagle, tuż za nimi dostrzegłam Monikę siedzącą na ziemi. Płakała... Natychmiast przeskoczyłam przez ten "las" rąk głaszczących mnie i dobiegłam do niej. Na mój widok zaczęła jeszcze bardziej szlochać.
Mocno mnie przytuliła i zaczęła mnie głaskać po brzuchu. Położyłam się. Wokół nas zebrała sie grupka ludzi, w tym ludzie którzy rozmawiali z kierownikiem. Mama dwóch dziewczynek usiadła koło mojej pani i pytała sie co dostaję jeść oraz zapewniała że będzie mnie u niej dobrze, a potem zdjęła mi obroże. Teraz zrozumiałam- Idę do nowego domu. Powinnam skakać z radości, że w końcu znaleźli sie ludzie, którzy zechcieli mnie przygarnąć, że wreszcie będę miała swój kąt, że nie będę już więcej marznąc na dworze w budzie.....ale w tym momencie w ogóle sie nie cieszyłam. Adopcja oznaczała rozłąkę z moją najlepszą przyjaciółką. Z osobą która kochałam nad życie, na która zawsze czekałam aby tylko spędzić z nią chociaż 3 godziny. Nagle, w tej chwili miałam rozstać się z człowiekiem do którego byłam bardzo przywiązana. Monika czuła to samo, widziałam. Dla niej był to taki sam cios jak dla mnie. Kiedy moi nowi właściciele zaczęli sie zbierać do odjazdu, nie chciałam wstać. Ciągle leżałam przy mojej szlochającej pani. Jedna z wolontariuszek podniosła mnie i wystawiła na dwór. Otworzyły sie drzwi od samochodu. Nie chciałam wejść. Znowu jedna z wolontariuszek włożyła mnie do środka, i zanim zdążyłam dobiec do drzwi, już były zamknięte. Moi nowi właściciele wsiedli do auta, a ja wyglądałam przez szybę mojej pani, której miałam już nigdy więcej nie zobaczyć....
Była tam - stała i strasznie szlochała usiłując machać ręką na pożegnanie. Nagle auto ruszyło i Monika zniknęła mi z oczu. To był jak zły sen. Koszmar.
Minęło kilka miesięcy od naszej rozłąki, a ja ciągle mam nadzieje że Monika spełni swoją obietnicę. Gdy tak siedziała i szlochała powiedziała mi do ucha- " Znajdę cie, i przyjadę. Obiecuje kochanie..."
Monika przez te kilka miesięcy zbierała sie na odwagę aby zadzwonić do moich właścicieli w sprawie czy mogłaby mnie zobaczyć. Jest bardzo nieśmiałą dziewczynką, a do tego nie wiedziała co powiedzieć. W końcu, pewnego dnia w schronisku, zebrała sie na odwagę. Była w lesie ze swoimi dwoma koleżankami- Natalią i Sandrą.
- Halo? Dzień dobry, tu mówi Monika. Czy zaadoptowali może państwo Sonie ze schroniska?
- Dzień dobry, tak. A o co chodzi?
- Bo ja chciałam sie zapytać, czy byłaby możliwość abym się z nią spotkała?
Monika bardzo sie cieszyła, bo właścicielka Soni była bardzo miła, i na pewno zaraz sie zgodzi. W końcu sie zobaczą! Była bardzo uradowana
- Ale Soni nie ma - usłyszała głos w słuchawce. Mina jej zrzedła, więc zapytała:
- A gdzie jest?- Może mieszka u jakiś znajomych, pomyślała.
- Sonie przejechał samochód. Bardzo nam jej żal bo była kochaną suczką. Mamy już nowego pieska.
Monikę zatkało. Nie wiedziała co powiedzieć, więc wydukała tylko:
- Aha, dobrze, dziękuję. Do widzenia...
Chciało się jej płakać. Przez tyle czasu zbierała sie w sobie aby zadzwonić do swojej najlepszej przyjaciółki, a przez telefon dowiaduje sie że nie żyje....
Opowiadam tę historię, ponieważ wiem że Monika nigdy o mnie nie zapomni i zawsze będzie mnie trzymała głęboko w sercu - tak jak ja ją.
Jestem teraz tu- za Tęczowym Mostem. Widzę ją każdego dnia i czekam- czekam aż sie spotkamy.
W nocy codziennie rozmawia ze mną. Mówi że ma żal do tych ludzi, ponieważ mogli mnie lepiej pilnować. Ale stało sie...
Prosi mnie abym na nią zaczekała- a nasze zdjęcia, wciąż widnieją na ścianach jej pokoju.....







| Strona główna | Gazeta | Miszmasz | Internet i komputery | Forum | Galeria | Liga Halowa Piłki Nożnej | Katalog stron www |
| Program telewizyjny | Konsument | Schronisko dla psów Azorek | Towarzystwo Opieki Nad Zwierzętami |
| Stowarzyszenie "Przyjaciel" | Kartka do Świętego Mikołaja | Kontakt |
Copyright © 2004-2006 Oborniki Wielkopolskie Online Wszelkie prawa zastrzeżone